Biegasz maratony, a sąsiad pali dwie paczki dziennie - płacicie identyczną składkę. Sprawiedliwie?
TL;DR: Składka zdrowotna w ogóle nie uwzględnia stylu życia - kto świadomie rujnuje sobie zdrowie, płaci tyle samo co ten, kto o nie dba, więc system nie daje żadnego bodźca do profilaktyki ani odpowiedzialności za siebie. Wyobraźcie sobie ubezpieczyciela samochodowego, który bierze identyczną składkę od osoby, która jeździła 20 lat bez stłuczki, i od kogoś, kto rozbija auto co miesiąc. Zbankrutowałby w pół roku, bo to ekonomiczny absurd. A jednak dokładnie tak działa nasza składka zdrowotna: osoba, która trenuje, nie pali i dba o dietę, oraz osoba, która świadomie funduje sobie choroby cywilizacyjne, wpłacają do wspólnego worka tyle samo i mają dokładnie te same prawa. System nie wysyła żadnego sygnału, że dbanie o zdrowie się opłaca, a jego zaniedbywanie generuje realne koszty, które ponoszą wszyscy. To nie jest argument za odmawianiem komukolwiek leczenia - to pytanie o to, czemu nie ma żadnego mechanizmu nagradzającego profilaktykę: ulg, programów, bodźców za badania przesiewowe, za rzucenie palenia, za aktywność. W rezultacie najtańsza medycyna, jaka istnieje - niezachorowanie - jest jedyną, której system w ogóle nie premiuje. To temat zapalny i wymagający ostrożności (łatwo wpaść w obwinianie chorych), ale samo pytanie o brak jakichkolwiek bodźców jest jak najbardziej na miejscu.